środa, 5 lipca 2017

Kuchnia molekularna....

.... czyli krótka opowiastka o tym, że życie matki nie zawsze usłane jest różami, a wysoki poziom asertywności można sobie schować do kieszeni.

- mamusiu, wyjmiesz mi talerzyk? - woła z kuchni Emilka - chcę sobie sama przygotować coś do jedzenia
Z lekką nutą niepokoju, czym okaże się owe COŚ do jedzenia spełniam prośbę, wszak każda matka wie, że nie należy podcinać dzieciom skrzydeł, nawet jeśli ma bardzo wyraźnie rysującą się wizję apokalipsy, Armagedonu i totalnego zniszczenia we własnej kuchni.
- a ty sobie usiądź w pokoju i odpocznij, dobrze? - kontynuuje nieświadoma matczynych rozterek córka

Taaa. Jasne.

Siedzę i nasłuchuję jakże relaksujących odgłosów otwieranej lodówki, trzaskających drzwi szafek, lejącej się wody z kranu...

Po chwili w pokoju zjawia się Emilka z talerzem rozmaitości, radośnie oświadczając:
- zrobiłam też dla ciebie, razem sobie zjemy.

... o bogowie.

Menu składało się z plasterków salami peperoni, UMYTYCH na sitku czekoladowych kulek Nesquik i kubka wody z kranu. Do pełni szczęścia zabrakło tylko Nutelli.

1 komentarz:

  1. woooow! wyżerka jak ta lala!

    www.swiat-wg-anuli.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń