To trzeba mieć coś z masochistki żeby wziąć dzień wolny w pracy tylko po to żeby od rana harować w domu. 13:00 godzina a ja już zdążyłam zrobić jedno pranie, nastawić drugie, przebrać pościel, umyć okna, wyprasować firanki i stos Emilkowych ciuszków, zrobić porządek w dwóch kuchennych szafkach, wysprzątać łazienkę, nastawić obiad i posprzątać balkon (co było najgłupszym pomysłem z wszystkich powyższych) A na dokładkę jeszcze ogarnęłam blogaska i przywróciłam sobie zakładki z linkami. Przy okazji odkryłam kilka osób, które mają mnie u siebie w linkach, ale siedzą cicho i się do tego nie przyznają. Tak więc też sobie zalinkowałam i będę bezczelnie podglądała zza firanki ;-)
W planach miałam jeszcze rundkę z córeńką po śniegu, ale na samą myśl, że miałabym teraz zapakować moje oklapnięte członki w szesnaście warstw ubrań i hasać wesoło po mrozie lekko mi słabo. Niestety obawiam się, że Emilka nie odniesie się entuzjastycznie do moich planów spędzenia popołudnia na zwisaniu z kanapy, zwłaszcza że już 2 godziny śpi i jak wstanie z pewnością nadmiar energii będzie ją męczył.
