czwartek, 20 lutego 2014

Życie pełne jest niespodzianek

Kocham cię życie za małe cuda dnia powszedniego... i ludzi, jakich stawiasz na mojej drodze. 

Z zamyślenia wyrwał mnie dzwonek do drzwi. Nie spodziewałam się gości, zwłaszcza o tej porze, więc leniwie opuściłam na podłogę jedną nogę, drugą nogę i zastygłam, w nadziei, że delikwent pod drzwiami zdąży się rozmyślić zanim zwlokę z tej kanapy resztę członków.... Niestety moje płonne nadzieje przerwał drugi dzwonek, nieco bardziej natarczywy i stanowczy. Poszłam otworzyć...
Po drugiej stronie drzwi czekała na mnie niespodzianka


Ten świat może i nie jest najlepszym z możliwych, ale wystarczy rozejrzeć się wokół aby dostrzec, jak wielu wspaniałych ludzi po nim kroczy. Dziękuję Stokrotko, za to że mi o tym przypomniałaś i za ten śliczny, słoneczny bukiet, do którego uśmiecham się dziś cały wieczór :-)

czwartek, 6 czerwca 2013

PS Kocham Cię

Gdybym miała powiedzieć, co w byciu mamą lubię najbardziej na świecie, to byłyby to chwile, kiedy ta mała istotka zupełnie niespodziewanie odrywa się od swoich ważnych spraw, przychodzi i przytula się do mnie. Często, wtulając tak buzię w moją szyję, mówi "moja mama", a ja za każdym razem, niezmiennie czuję gulę wzruszenia w gardle. Przytulam ją setki razy w ciągu dnia, setki razy całuję i do znudzenia powtarzam, że jest moim największym skarbem. 

Dziś stałam w kuchni zmywając naczynia. W pewnej chwili przybiegła, objęła rączkami moje nogi, spojrzała w górę i powiedziała "kocham" Po raz pierwszy.

Rozpadłam się na atomy.

czwartek, 23 maja 2013

Reaktywacja

Tematyki stomatologicznej, gdyż wczoraj myjąc córeńce zęby oczom mym ukazał się pierwszy z czwórki, ostatnich brakujących trzonowców.  Analogicznie po przeciwnej stronie brakuje już tylko milimetra i też się wyrżnie.  A później zostaną już tylko ostatnie dwa górne i temat ząbkowania będziemy mogły zamknąć definitywnie.

wtorek, 21 maja 2013

Mydło wszystko umyje nawet ręce i szyję

Czas kąpieli Emilki zazwyczaj wykorzystuję na zrobienie czegoś dla siebie. A to sobie nogi porządnie ogolę (a nie tylko z przodu, do kolan), a to napaćkam na styraną twarzyczkę jakichś cudownych specyfików (które nie wiedzieć czemu jeszcze nie sprawiły, że jestem młoda i piękna), a to strzelę sobie jakiś orientalny manicure (aktualnie za takowy uważam pomalowanie paznokci lakierem jakimkolwiek innym niż bezbarwny)  albo poczytam w spokoju artykuł w gazecie (to nic, że gazeta sprzed miesiąca) Córeńka w tym czasie siedzi w wannie i bawi się grzecznie kąpielowym asortymentem zabawek albo niegrzecznie wylewając wodę na podłogę, a jak się jej znudzi woła: "mama, myje!"
Wczoraj mnie zaskoczyła, bo wstała, wzięła do rączki mydło i zaczęła się sama myć, wymieniając na głos myte po kolei części ciała: 
- busia (buzia)
- noś (nos)
- usi (uszy)
- pupsia (pupcia)
- noni (nogi)
- sija (szyja)
- jece (ręce)
- tupta (stópka)
- pepe (pępek)
- busek (brzuszek)
- josy (włosy)
Strasznie mnie tym rozczuliła, bo znów uświadomiłam sobie, że to kolejny mały kroczek w nieuchronnej drodze ku jej samodzielności.

sobota, 11 maja 2013

Szałas tanio kupię.

Czarno widzę naszą przyszłość w najbliższych 2-3 tygodniach. Remontują nam elewację bloku i to tak konkretnie, z rozwalaniem balustrad balkonów i kuciem tynków, a córeńka aktualnie dostaje histerii nawet przy włączeniu elektrycznej szczoteczki do zębów. Panicznie boi się urządzeń elektrycznych, więc nawet nie chcę myśleć, co będzie, kiedy usłyszy młot pneumatyczny. Przyjdzie nam chyba zamieszkać na ten czas pod mostem albo w szałasie.
Zostają jeszcze place zabaw, o ile pogoda będzie łaskawa, ale wtedy istnieje ryzyko, że ogłuchnę od tych wszystkich dzikich wrzasków małoletnich rezydentów oraz padnę na zawał, na skutek obserwacji poczynań pierworodnej, której pojęcie instynktu samozachowawczego jest najwyraźniej zupełnie obce. Ganiam za nią  z jednego końca placu zabaw na drugi, z jęzorem do kolan, wśród współczujących spojrzeń matek starszych dziatek, a po powrocie do domu starcza mi siły już tylko żeby umyć zęby i doczołgać się do łóżka. Już nieraz zdarzyło mi się zasnąć przed Emilką, która jeszcze beztrosko turlała się w pierzynach, bynajmniej nie wyglądając na śpiącą.

Ulubione miejsce zabaw Emilki wygląda tak:
I mieści się jakieś 800m od naszego domu. A dlaczego o tym piszę? Ostatnio nie chciało mi się tam iść i wzięłam Emilkę do takiej małej, osiedlowej piaskownicy. Żadnych wrzeszczących maluchów, cisza, spokój, sielanka... pobawiła się chwilę, po czym spakowała foremki, zabrała się i poszła. Pozbierałam się i poszłam za nią, ciekawa dokąd to ją niesie? Zaprowadziła mnie na swój ulubiony plac. Długo nie mogłam wyjść z szoku, bo przecież zapamiętanie prawie kilometra trasy, dla takiego malucha, to nie lada wyczyn!


wtorek, 7 maja 2013

Trochę więcej pokory, matko

Byłam ostatnio u chrześniaczki (za 3 tygodnie skończy pół roku) i jakiś taki nie najlepszy dzień miała. Wszystko było na nie. Leżenie w wózku, łóżeczku, na leżaku, kocyku, nawet noszenie na rękach jej nie zadowalało. Cośmy się wszyscy namęczyli żeby jej dogodzić... bez powodzenia. Wracałam do domu rozmyślając o tym jak to fajnie, że Emilka już taka duża i mądra. I co najważniejsze potrafi powiedzieć czego chce! Świetnie jest mieć dziecko, z którym można się dogadać. No to mnie pokarało za tą próżność.

Emilka: mama uci
Ja: hę?
Emilka: uci daj!

Dzizas co ja przeszłam żeby odkryć, co to jest owe "uci" pojęcia nie macie. Już prawie włosy z głowy rwać zaczęłam, bo im bardziej nie wiedziałam, co to jest, tym bardziej córeńka chciała to mieć. Na szczęście zanim się rzuciłam w desperacji przez okno wpadłam na pomysł, żeby mi pokazała paluszkiem co chce. Wzięła mnie za rękę i zaprowadziła pod lodówkę... JOGURCIK! No przecież!

sobota, 13 kwietnia 2013

Ciężkie chwile brzuszka

Mieliśmy wczoraj ciężką noc. Emilka bardzo nerwowo spała, wierciła się, kręciła, nie mogła sobie znaleźć pozycji, aż nagle o 3:00 nad ranem zaczęła wymiotować. Właściwie to chlusnęła tak, że musiałam przebierać pościel, ją i siebie. Tyle co się z tym uporałam, ułożyłam ją z powrotem do snu i poszłam zamoczyć pościel całą akcję musiałam przeprowadzać od nowa, w bonusie mając jeszcze mycie podłogi. Resztę nocy już nie spałam, tylko pilnowałam, czy nie zacznie wymiotować po raz kolejny. Najgorsze, że Emilka nie ma jeszcze odruchu pochylania się w przód w takim momencie, a w dodatku jest przerażona i zaczyna płakać. Ja naturalnie od razu mam wizje, że się zachłyśnie i udusi. Schiz na tym punkcie potęguje fakt, że znałam osobiście przypadek, że człowiek we śnie udusił własnymi wymiocinami, tyle że on się schlał jak prosię i miał mały kontakt z rzeczywistością. Na szczęście Emilka zasnęła i do rana już żadnych atrakcji nie było. Wstała wesolutka, jak skowronek, a ja intensywnie zastanawiam się, co jej mogło zaszkodzić?