Pierwsze, tegoroczne kiszone ogórki dostałam od mamy. A należy zaznaczyć, że kiszone ogórki pożeram niczym smok wawelski tłuściutkie owieczki. I nigdy nie mam dosyć ;-)
Ale jak to ja, jeszcze dobrze wyjść na ulicę nie zdążyłam już połowę słoika wylałam na siebie. A że przebrać się nie miałam w co, paradowałam po mieście roztaczając wokół charakterystyczny dla kiszonych ogórków aromat. Na dodatek miałam do załatwienia sprawę w starostwie i wszystko pięknie, tylko tak jakoś dziwnie się na mnie ludzie patrzyli i podejrzanie daleko trzymali ;-)
A w domu najwspanialszy z mężczyzn przywitał mnie słowami:
- Boże! W czym ty się wytarzałaś?
czwartek, 9 czerwca 2011
wtorek, 7 czerwca 2011
Akrobatka mi rośnie
Córeńka dziś nadaktywna. Nie wiem jakie sporty tam uprawia, ale czuję że wszystkie wnętrzności mam poprzestawiane. A mądre głowy mi tu piszą, że od 30 tygodnia dziecko mniej się rusza. Taa, jasne. Czuję właśnie.
Skurczy też coraz więcej. I coraz mocniejsze. Mam nadzieję, że to te sławetne przepowiadające Braxtona-Hicksa, a nie sugerujące: "Matko, wychodzę!" Tylko bez takich mi tu, dziecko kochane. Na ten temat pogadamy za dwa miesiące. A teraz proszę mi tam grzecznie siedzieć, leżeć, zwisać, czy co tam sobie chcesz i nie marudzić ;-)
Muszę sobie zablokować wszelkie fora ciążowe, bo czytam głupoty, a potem mam schizy.
Skurczy też coraz więcej. I coraz mocniejsze. Mam nadzieję, że to te sławetne przepowiadające Braxtona-Hicksa, a nie sugerujące: "Matko, wychodzę!" Tylko bez takich mi tu, dziecko kochane. Na ten temat pogadamy za dwa miesiące. A teraz proszę mi tam grzecznie siedzieć, leżeć, zwisać, czy co tam sobie chcesz i nie marudzić ;-)
Muszę sobie zablokować wszelkie fora ciążowe, bo czytam głupoty, a potem mam schizy.
poniedziałek, 6 czerwca 2011
Prawie jak Ewa Minge
No cóż, żaden Armani, czy Dior to już raczej ze mnie nie będzie, a szkoda.
Kupiłam sobie sukienkę. Długaśną, falbaniastą i stworzoną wprost do eterycznego snucia się skąpanymi w słońcu uliczkami. Niestety okazało się, że choć przesadnie niska nie jestem, to do tej sukni jednak mi matka natura wzrostu poskąpiła. Dlaczego w sklepie tego nie zauważyłam, nie wiem.
Trudno, darmo trzeba było zakasać rękawy i podjąć się żmudnego zadania skrócenia odzienia. A ponieważ moja maszyna ma akurat trudne dni i nie ma ochoty współpracować, nie pozostało mi nic innego, jak zabawić się w tańcowała igła z nitką. Nie przewidziałam tylko jednego - że tej falbany na dole jest pół kilometra! 2h (słownie: dwie godziny) się z tym mordowałam, ale jaka dumna i blada byłam jak skończyłam! Przymierzyłam i własnym oczom nie wierzyłam. Kiecka w dalszym ciągu za długa, snuje się po podłodze niczym tren królowej matki. Siły mnie opuściły.
No nic może jeszcze urosnę, bo drugi raz tego szyła na pewno nie będę.
Kupiłam sobie sukienkę. Długaśną, falbaniastą i stworzoną wprost do eterycznego snucia się skąpanymi w słońcu uliczkami. Niestety okazało się, że choć przesadnie niska nie jestem, to do tej sukni jednak mi matka natura wzrostu poskąpiła. Dlaczego w sklepie tego nie zauważyłam, nie wiem.
Trudno, darmo trzeba było zakasać rękawy i podjąć się żmudnego zadania skrócenia odzienia. A ponieważ moja maszyna ma akurat trudne dni i nie ma ochoty współpracować, nie pozostało mi nic innego, jak zabawić się w tańcowała igła z nitką. Nie przewidziałam tylko jednego - że tej falbany na dole jest pół kilometra! 2h (słownie: dwie godziny) się z tym mordowałam, ale jaka dumna i blada byłam jak skończyłam! Przymierzyłam i własnym oczom nie wierzyłam. Kiecka w dalszym ciągu za długa, snuje się po podłodze niczym tren królowej matki. Siły mnie opuściły.
No nic może jeszcze urosnę, bo drugi raz tego szyła na pewno nie będę.
piątek, 3 czerwca 2011
Skrzydełko, czy nóżka?
Ciąża jest szalenie fajnym zjawiskiem. Za jej pomocą można wytłumaczyć absolutnie wszystko. Nie chce ci się sprzątać - ciąża. Masz ochotę zeżreć kubeł lodów - ciąża. Wstałaś lewą nogą i wściekasz się o wszystko i na wszystkich - ciąża. Śpisz do południa - ciąża. I tak bez końca...
A dziś się grillujemy urodzinowo na okoliczność iż szwagier mi się postarzał, także szanowna pani pogodo, niech się pani przypadkiem nie wygłupia z żadnymi opadami atmosferycznymi, pokornie proszę w imieniu własnym, solenizanta oraz reszty gawiedzi.
A dziś się grillujemy urodzinowo na okoliczność iż szwagier mi się postarzał, także szanowna pani pogodo, niech się pani przypadkiem nie wygłupia z żadnymi opadami atmosferycznymi, pokornie proszę w imieniu własnym, solenizanta oraz reszty gawiedzi.
wtorek, 31 maja 2011
Różowo mi
Eureka! Jednak nie pójdę na wesele odziana jedynie w listek figowy. Kupiłam sukienkę. Wprawdzie mam dylemat, czy wypada w niej wystąpić, bo jest biała, a jak wiadomo biel w tym dniu jest zarezerwowana dla panny młodej, ale tak sobie myślę, że jak omotam się do niej jakimś kolorowym szalem, boa, czy inną ścierką, może zostanie mi wybaczone? No chyba, że do jedenastego postanowię zgrubnąć do tego stopnia, że się w nią nie zmieszczę, wtedy na pewno żadnego faux pas nie popełnię. Popełnię za to skok z okna, tudzież inne harakiri.
Z rozpędu kupiłam też sukienkę na poprawiny. A teraz uwaga, trzymać się krzeseł i poręczy - RÓŻOWĄ! Jak mamę kocham! Wprawdzie fuksiasto różową, no ale jednak. Powinnam się już zaczać leczyć, czy jeszcze chwilę zaczekać?
A później, w zgodzie z odwiecznym prawem złośliwości rzeczy martwych, znalazłam jeszcze z dziesięć innych, całkiem przyzwoitych sukieneczek, które z chęcią zabrałabym do domu. Pozostawię to bez komentarza.
Z rozpędu kupiłam też sukienkę na poprawiny. A teraz uwaga, trzymać się krzeseł i poręczy - RÓŻOWĄ! Jak mamę kocham! Wprawdzie fuksiasto różową, no ale jednak. Powinnam się już zaczać leczyć, czy jeszcze chwilę zaczekać?
A później, w zgodzie z odwiecznym prawem złośliwości rzeczy martwych, znalazłam jeszcze z dziesięć innych, całkiem przyzwoitych sukieneczek, które z chęcią zabrałabym do domu. Pozostawię to bez komentarza.
piątek, 27 maja 2011
Niechcemiś
Niemoc twórcza mnie męczy (no bo przecież nie lenistwo ;-) Pewnie wszystko przez pogodę, która wybitnie sugeruje, że należałoby udać się pod palemkę i pozostać tam co najmniej przez dwa tygodnie. Chyba dojrzałam do zakończenia na ten rok aktywności zawodowej i spędzenia najbliższych 2,5 miesięcy na malowniczym zbijaniu bąków w zaciszu domowego ogniska. Choć oczywiście biorę pod uwagę możliwość, że po dwóch tygodniach zacznę jęczeć, że mi nudno, a po miesiącu nie da się ze mną wytrzymać, ale póki co opcja nie chodzenia do pracy wydaje mi się szalenie pociągająca.
Obleciałam kilka kolejnych sklepów w poszukiwaniu kreacji weselnej, a nawet dwóch! Bo przecież wesele jest dwudniowe (sic!) i czarna rozpacz mnie ogarnia. Nie wiem, czy od zeszłego tygodnie tak mi urósł brzuch, czy jakiś zły czarodziej pozwężał wszystkie kiecki w pasie, ale absolutnie nic mi nie pasuje! O przepraszam, w jeden worek pokutny wyglądający jak skrzyżowanie włosienicy z habitem zmieściłam się bez problemu, ale chciałam zaznaczyć, że wybieram się na tradycyjny ślub, a nie śluby zakonne. No przecież nie kupię sobie ubranka w sklepie wysyłkowym, bo to trzeba przywdziać na siebie, zobaczyć w lustrze i albo paść na kolana z zachwytu albo zacząć walić łbem o ścianę (na razie przeważa opcja druga, także chyba już mam początki wstrząśnienia mózgu)
Nie no w zasadzie kupowanie sukienek idzie mi rewelacyjnie...
... tylko nie bardzo rozumiem, jak to niby ma poprawić moją sytuację? ;-)
Obleciałam kilka kolejnych sklepów w poszukiwaniu kreacji weselnej, a nawet dwóch! Bo przecież wesele jest dwudniowe (sic!) i czarna rozpacz mnie ogarnia. Nie wiem, czy od zeszłego tygodnie tak mi urósł brzuch, czy jakiś zły czarodziej pozwężał wszystkie kiecki w pasie, ale absolutnie nic mi nie pasuje! O przepraszam, w jeden worek pokutny wyglądający jak skrzyżowanie włosienicy z habitem zmieściłam się bez problemu, ale chciałam zaznaczyć, że wybieram się na tradycyjny ślub, a nie śluby zakonne. No przecież nie kupię sobie ubranka w sklepie wysyłkowym, bo to trzeba przywdziać na siebie, zobaczyć w lustrze i albo paść na kolana z zachwytu albo zacząć walić łbem o ścianę (na razie przeważa opcja druga, także chyba już mam początki wstrząśnienia mózgu)
Nie no w zasadzie kupowanie sukienek idzie mi rewelacyjnie...
sobota, 21 maja 2011
Cztery kółka
Kolejny dylemat przed nami i znikąd pomysłu na szybkie, łatwe i przyjemne rozwiązanie go. Tym razem chodzi o zakup karocy dla naszej królewny, czyli tak zwanego wózka.
Weszliśmy do sklepu oferującego interesujący nas asortyment i siły mnie opuściły. Włos się zjeżył na czole, zimny pot mnie oblał, ciemność spowiła oczęta i w ogóle poczułam, że bardzo chcę do domu. Jak słowo daję tam było tysiąc pięćset modeli różnych wózków! Jak pośród tego wszystkiego wybrać ten jeden jedyny pojęcia nie mam. To jest z pogranicza prac Syzyfowych.
Gdyby jeszcze kierować się tylko wyglądem to no problem, w 5 minut sprawa byłaby załatwiona. Ale coś mi się wydaje, że ciut ważniejsza od wyglądu jest funkcjonalność. No i się zaczyna. Jaka firma, ile kółek, jakich, z nosidełkiem czy bez, jaka buda, gondola, hamulce, ciężar, modułowy, czy klasyczny, z dodatkowym wyposażeniem, czy bez... itp, itd. Najnormalniej w świecie mnie to przerasta.
Na pewno musi być lekki, bo latając z nim kilka razy dziennie na trzecie piętro nie chciałabym skończyć z sylwetką Pudziana, tudzież rączkami do samej ziemi. I musi zajmować mało miejsca, bo gabaryty naszego mieszkania wykluczają parkowanie limuzyną. A architekt naszego bloku raczej nie wpadł na pomysł ujęcia w planach wózkowni, czy chociażby kawałka wolnego miejsca na klatce schodowej. Musi się łatwo składać i rozkładać, wszak zmotoryzowana ze mnie kobieta, a przecież nie będę ciągnęła wózka za samochodem (bo mnie przerośnie jego konstrukcja) No i miło by było gdyby był niezawodny i nie musiałabym się martwić, że mi się gdzieś na środku drogi rozkraczy, co spotkało moją kuzynkę i jej wózek firmy Chicco! któremu odpadło kółko i żadną silą nie dało się z powrotem zamontować.
A więc miłe mamy, pytanie za 100 punktów, czym transportujecie swoje pociechy i z jakim skutkiem?
Weszliśmy do sklepu oferującego interesujący nas asortyment i siły mnie opuściły. Włos się zjeżył na czole, zimny pot mnie oblał, ciemność spowiła oczęta i w ogóle poczułam, że bardzo chcę do domu. Jak słowo daję tam było tysiąc pięćset modeli różnych wózków! Jak pośród tego wszystkiego wybrać ten jeden jedyny pojęcia nie mam. To jest z pogranicza prac Syzyfowych.
Gdyby jeszcze kierować się tylko wyglądem to no problem, w 5 minut sprawa byłaby załatwiona. Ale coś mi się wydaje, że ciut ważniejsza od wyglądu jest funkcjonalność. No i się zaczyna. Jaka firma, ile kółek, jakich, z nosidełkiem czy bez, jaka buda, gondola, hamulce, ciężar, modułowy, czy klasyczny, z dodatkowym wyposażeniem, czy bez... itp, itd. Najnormalniej w świecie mnie to przerasta.
Na pewno musi być lekki, bo latając z nim kilka razy dziennie na trzecie piętro nie chciałabym skończyć z sylwetką Pudziana, tudzież rączkami do samej ziemi. I musi zajmować mało miejsca, bo gabaryty naszego mieszkania wykluczają parkowanie limuzyną. A architekt naszego bloku raczej nie wpadł na pomysł ujęcia w planach wózkowni, czy chociażby kawałka wolnego miejsca na klatce schodowej. Musi się łatwo składać i rozkładać, wszak zmotoryzowana ze mnie kobieta, a przecież nie będę ciągnęła wózka za samochodem (bo mnie przerośnie jego konstrukcja) No i miło by było gdyby był niezawodny i nie musiałabym się martwić, że mi się gdzieś na środku drogi rozkraczy, co spotkało moją kuzynkę i jej wózek firmy Chicco! któremu odpadło kółko i żadną silą nie dało się z powrotem zamontować.
A więc miłe mamy, pytanie za 100 punktów, czym transportujecie swoje pociechy i z jakim skutkiem?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
