wtorek, 2 sierpnia 2011

News dnia

Poszłam rodzić.
Zaraz wracam ;-)

niedziela, 31 lipca 2011

Olaboga

Chyba właśnie osiągnęłam fazę głębokiego jęczenia i biadolenia. Mniej więcej wczoraj włączyło mi się zaawansowane stękanie i nijak nie mogę znaleźć guzika z napisem OFF. W najśmielszych wyobrażeniach nie przypuszczałam nawet, że brzuch może boleć na tyle rozmaitych sposobów. A za sprawą kręgosłupa po prostu zaraz dostanę wścieklizny. Niemal fizycznie czuję jak rozpada się na atomy i lada chwila w jego miejscu będę musiała zamontować sobie kij od szczotki, bądź przerzucić się na bardziej pierwotne metody poruszania się, a mianowicie bieganie na czworakach. I jeszcze obudziłam się głucha na lewe ucho, co jest irytujące dosyć mocno. A i tak jestem już zirytowana w stopniu rzekłabym wysokim i naprawdę nie potrzebuję dodatkowych powodów.

Ale żeby nie było aż tak dramatycznie (w końcu to nie sztuka Szekspira) opowiem wam kawał o jęczeniu. Mój ulubiony (i jedyny jaki pamiętam - bo moja pamięć jest fenomenalna tylko krótka)

Mąż robi żonie awanturę:
- leżysz podczas tego seksu jak kłoda, mam tego dosyć! jeżeli następnym razem nie będziesz jęczeć, to się z tobą rozwodzę!
Wieczorem męża naszła ochota, żona cała przejęta pyta:
- to już mam jęczeć?
- nie, jeszcze nie. Powiem ci kiedy - odpowiada mąż
Akcja się rozkręca, mąż sapie:
- teraz! teraz jęcz
- olaboga! cukier znowu podrożał, zima idzie, dzieci butów nie mają, ja w starej sukience...

piątek, 29 lipca 2011

... bierzemy misia w teczkę

Zaczęłam pakować torbę do szpitala. Niechętnie, bo niechętnie, ale jednak po przemyśleniu sprawy doszłam do wniosku, że pakowanie jej między kolejnymi skurczami nie byłoby najmądrzejszym z moich pomysłów. Bo istnieje spore prawdopodobieństwo, że zamiast naprawdę niezbędnych mi w szpitalu akcesoriów znalazłyby się w niej np. patelnia, pilot do telewizora, strój kąpielowy, męskie slipki oraz instrukcja z odkurzacza.
Sprytna byłam i przezorna, i już wcześniej zrobiłam listę, co w tej torbie znaleźć się powinno także teraz zostaje mi tylko przełożyć ten majdan z półki do torby. I Houston mamy problem! No jakże by inaczej. Naprawdę nie wiem, co jest z tymi rzeczami i ich nieznośną tendencją do niemieszczenia się tam gdzie powinny. Oczywiście do torby też mi nie chce wszystko pięknie wleźć mimo że bez problemu powinien zmieścić się w niej słoń!
Szlag mnie trafił w połowie tego przedsięwzięcia, więc rąbnęłam to wszystko w cholerę i poszłam się relaksować przed tv. Jakąś godzinę później zaczęłam czuć dziwny niepokój połączony z niejasnym wrażeniem, że coś jest nie tak. Pokręciłam się po domu próbując zlokalizować przyczynę tego stanu, ale wszystko wydawało się w porządku. Żelazko wyłączone, gaz się nie ulatniał, nie pękła żadna rura, w szafie nie czyhał morderca. No co jest? Kurde, kurde, kurde! Nie ma kota!!
Obleciałam wszystkie kąty, przeczołgałam się po podłodze zaglądając pod łóżko, szafę i w inne czarne dziury. Nawet do kubła na śmieci zajrzałam. Nie ma. Już prawie histerii dostałam, bo jak można zgubić kota w zamkniętym mieszkaniu? I nagle w przebłysku geniuszu otwieram szafkę z dziecięcymi rzeczami...
 
I jeszcze obrażona, że jej przeszkadzam :/

wtorek, 26 lipca 2011

"Oczko"

Według obliczeń mądrych głów zostały równiutkie 3 tygodnie, które wcale trzema być nie muszą. Ale odkąd dotrwałyśmy do 9 miesiąca spłynął na mnie taki spokój, że w zasadzie mogę rodzić nawet tu i teraz (he he ciekawe czy będę taką oazą spokoju jak naprawdę się zacznie, bo coś mi się wydaje, że wtedy będzie totalna panika i aaaaaa uciekamy!)

A poza tym.
Dowiedziałam się w końcu, że jednak potrzebuję koszulę do porodu, bo szpital w którym mam zamiar wydać na świat nasze potomstwo nie zapewnia tego typu przyodziewku. Dowiedziałam się również, że będzie to strój jednorazowego użytku, bo po porodzie zostanie zutylizowany. Przyjrzałam się więc dokładniej zawartości naszej szafy, niestety nie znalazłam w niej niczego nadającego się na kreację porodową. Kupiłam więc koszulę nocną na targu, u kobieciny, która dobre 15 minut zachwalała ją jakby nie sprzedawała średniej jakości bielizny niewiadomego pochodzenia tylko kieckę z najnowszej kolekcji Armaniego. Już jej chciałam powiedzieć, kobieto ja w tym będę dziecko rodziła, a nie szła na bal!
Bo o ile uważam, że koszula w której będę występowała po porodzie musi zaliczać się do odzienia cywilizowanych ludzi, o tyle podejrzewam, że rodzić mogłabym nawet owinięta w worek po kartoflach i w wianku z chabrów na głowie i byłoby mi to absolutnie obojętne. Także koszulę do porodu mam z gatunku takich, w których sypia moja dziewięćdziesięcioletnia babcia. Ale kosztowała całe 15 zł, więc naprawdę nie wypada marudzić. Nie pozostaje mi nic innego jak upchnąć ją w jakimś ciemnym kącie i nie patrzeć na nią dopóki moim jedynym problemem zaprzątającym głowę nie staną się skurcze porodowe.

I na koniec fotka poglądowa.
 

niedziela, 24 lipca 2011

Kilka słów na temat obżarstwa

Ostania rodzinna impreza w składzie 2+1/2 zaliczona. Choć biorąc pod uwagę stopień uginania się stołów od ilości tkwiących na nich wiktuałów łatwo nie było. Zwłaszcza kiedy posiada się rodzinę, która uważa, że kobieta w ciąży je tylko trochę mniej niż pułk wojska. Zasadniczo to ja bardzo chętnie, tyle że ostatnio mam żołądek splaszczony do wymiarów małego naleśnika, dodatkowo przygnieciony córeńką, więc naprawdę niewiele się w nim mieści. A tu nieustannie ktoś podsuwa ci pod nos jakieś frykasy radośnie ćwierkając: spróbuj, chociaż kawałeczek. Obżarłam się po same migdałki. Pewnie dlatego dzisiejsza noc nie należała do zbyt udanych. No ale naprawdę trudno spać, kiedy dolną część korpusika zajmuje dziecko, a górna wypchana jest żarciem i generalnie czujesz się jakbyś zaraz miała pęknąć. I to w stopniu nie pozwalającym na ponowne poskładanie cię do kupy.

środa, 20 lipca 2011

Wątpliwości

Właśnie przyszła mi do głowy refleksja, czy ja ABY NA PEWNO nadaję się na matkę?
Ostatnie dwa dni stanowią żywe potwierdzenie faktu, że niewątpliwie stanowię zagrożenie, jeśli nawet nie dla otoczenia, to przynajmniej stuprocentowo dla samej siebie.
Wczoraj podczas golenia nóg prawie podcięłam sobie żyły na kostce i to jednorazową maszynką! Krew lała się wartkim strumieniem, a jak zapewne wam wiadomo nie tak łatwo w dziewiątym miesiącu ciąży wyskoczyć z wanny i pognać po opatrunek. Zanim się pozbierałam do kupy łazienka wyglądała jak po świniobiciu.
Nie minęło wiele czasu postanowiłam umyć płytę gazową, z której spokojnie można było wyczytać nasze menu z całego tygodnia. I nagle  ni stąd ni zowąd, z zupełnie niezrozumiałych powodów z całej siły wyrżnęłam czołem w okap. Ciemność mnie spowiła, a na czółku momentalnie zaczęła rosnąć ogromna fioletowa śliwka i to bynajmniej nie węgierka. Na pocieszenie najwspanialszy z mężczyzn uraczył mnie tekstem: spoko, sie wyklepie! I przyłożył mi do czoła tasak, z którym już w ogóle czułam się nad wyraz komfortowo.
A dziś rano, podczas robienia śniadania i tak banalnej czynności jak krojenie bułki, która jakby na to nie spojrzeć nie wymaga jakichś skomplikowanych zdolności kulinarnych wbiłam sobie czubek noża w palec. I to wcale nie mały czubek i wcale nie płytko.
I już sama nie wiem, czy bardziej boli mnie kostka, czoło, czy palec?

poniedziałek, 18 lipca 2011

Dziewiątka

Niniejszym ogłaszam, że rozpoczęłyśmy dziewiąty miesiąc! Co niezmiernie mnie cieszy i mimo trudności z oddychaniem, jest powodem głębokich westchnień ulgi. Od razu jakoś mi lżej na duszy, bo na ciele wprost przeciwnie. Pierwszy raz w życiu ważę 60kg, co mój kręgosłup przyjmuje z lekkim niezadowoleniem. Trudno stary, przyzwyczajaj się, nie zawsze będę młoda, zgrabna i powabna.  A przed tobą jeszcze kilka latek dźwigania słodkich kilogramów dziecięcia (a potem drugiego... a jak się rozpędzę to może i trzeciego ha ha ha)