niedziela, 16 października 2011

SOS urodowe

Nie wyobrażacie sobie nawet jakie ja mam czasami głupie pomysły. Wymyśliłam sobie np. że im starsze dziecko tym mniej absorbujące. No koń by się uśmiał. W pierwszym miesiącu życia Emilki miałam czas żeby się wykąpać, ogolić nogi, napaćkać na twarz maseczki, zastanowić się przed szafą w co się ubrać, zjeść śniadanie, pogadać przez telefon z przyjaciółką, poczytać zaprzyjaźniony blogi i nawet komentarze naskrobać. A mimo to ciągle narzekałam na brak czasu. No to dopiero teraz wiem co to znaczy nie mieć czasu! Absolutnie na nic.
Emilka w ciągu dnia ucina sobie zaledwie dwie krótkie drzemki, więc przez większą część doby stara matka prezentuje sobą obraz nędzy i rozpaczy. Dopiero po powrocie Księciunia z pracy ogarniam się nieco i doprowadzam do stanu, w którym napotkane przypadkiem  dzieci nie uciekałyby z krzykiem na mój widok. I naprawdę nie wiem jak to zrobię, ale jeszcze w tym miesiącu muszę wybrać się do fryzjera, bo na głowie mam już taką kopkę siana, że powiażnie zaczynam zastanawiać się nad ogoleniem się na łyso. Jest tylko jeden problem, w moim przypadku podcięcie i machnięcie odrostów zajmuje bite 3 godziny, a nie ma najmniejszych szans żeby córeńka wytrzymała tyle bez jedzenia. Pić z butelki natomiast nie zamierza, każda próba kończy się nerwami, pluciem i wrzaskiem. Jak dotąd maminy cycek jest jedyną dopuszczalną formą serwowania mleka. Więc jeżeli ktoś zobaczy ganiającą po mieście babę z farbą na łbie, to na pewno będę to ja ;-)

czwartek, 13 października 2011

Facet to świnia ;-)

Powolutku córeńka odkrywa, że gardło może służyć do czegoś więcej niż tylko wrzasku, dzięki czemu coraz częściej możemy usłyszeć nieśmiałe aaa, czy uuu. Wiem, że do gaworzenia jeszcze daleka droga, ale i tak niesamowicie rozczulają mnie te jej nieudolne jeszcze próby oswojenia strun głosowych. Gadam do niej nieustannie, śpiewam, nawet deklamuję wiersze, a ostatnio wyczytałam, że zaleca się również naśladowanie odgłosów zwierząt. Tak więc chodzę po domu i miauczę, szczekam, muczę, gdakam, ćwierkam, beczę, kwaczę i dziękuję niebiosom, że nikt poza córeńką tego nie słyszy. Wczoraj włączyłam do zabawy Księciunia (zawsze to raźniej robić z siebie idiotów we dwoje ;-) i poszłam zmywać. Po chwili dobiega mnie coś brzmiące mniej więcej jak: chrrrrrrrr chrrrrrrr. Wychylam głowę i pytam co to za zwierzę?
On: jak to co to za zwierzę? Świnka!
Chyba cierpiąca na astmę ;-)

poniedziałek, 10 października 2011

Cuda i dziwy

Jakiś czas temu kupiłam Emilce do łóżeczka tzw poduszkę klin. Nie za bardzo nam się przydaje, bo Emilka w łóżeczku spać nie zamierza, więc wykorzystujemy je głównie do przebierania, zmiany pieluch i podziwiania karuzeli (jeżeli delikwentka ma akurat dobry humor ;-) Niemniej poduszka jest i leży bezproduktywnie porastając mchem i paprociami (prawie). W sobotę przy okazji robienia prania rozebrałam ją z poszewki (odkrywając przy okazji, że poduszka zrobiona jest z gąbki) a że nie mam drugiej na zmianę narzuciłam na nią kocyk.
Popołudniu wróciłam ze sklepu, patrzę, a rzeczony kocyk na poduszce cały wymiętoszony. No nic, pomyślałam, że musiałam doprowadzić go do takiego stanu podczas ubierania córeńki. Wczoraj z kolei wróciliśmy od rodziców, zerknęłam do łóżeczka i coś mnie trafiło. Mało tego, że kocyk znowu wymiętoszony to jeszcze po całym łóżeczku walały się kawałki gąbki! Poduszka cała pogryziona i podrapana, co oczywiście nie stało się za sprawą działania sił nadprzyrodzonych  tylko kocich pazurków. Winowajczyni oczywiście prezentowała sobą uosobienie niewinności, ale i tak miałam ochotę wygarbować jej futerko. A najlepsze jest to, że nie mam pojęcia jak ona w ogóle tam wlazła?! Skakać tak wysoko nie potrafi, fruwać też, więc co? Albo odkryła sposób teleportowania się, albo nauczyła przysuwać sobie krzesło ;-)

czwartek, 6 października 2011

Odkrycia. Part II

Mogę się pochwalić, że nasze dziecię opanowało nową umiejętność... plucie! I na nic moje tłumaczenie, że damie  takie zachowanie nie przystoi, córeńka zawzięcie ćwiczy sztukę parskania ilekroć sobie o niej przypomni. A że zdarza się jej przypomnieć sobie np podczas picia mleka, to efekty można podziwiać wszędzie w koło, nie wyłączając ściany, matki i kota, który nieopatrznie akurat przechodził obok.

niedziela, 2 października 2011

Dwa miesiące

Ktoś kiedyś powiedział "Jeżeli posiadasz coś, czego nie oddałbyś za żadne pieniądze tego świata, jesteś bardzo szczęśliwą osobą"
Patrzę na śpiącą córeczkę i myślę sobie, że ten ktoś miał niesamowitą rację. Dziś mijają dwa miesiące odkąd ten nasz prywatny ósmy cud świata jest na świecie i bez wątpienia mogę powiedzieć, że nic nigdy nie uszczęśliwiło mnie tak bardzo.

środa, 28 września 2011

Odkrycia

Wczoraj Emilia skończyła 8 tygodni. Największym odkryciem ostatnich dni są jej własne rączki. Niesamowicie rozczula mnie, kiedy składa je razem przez sobą, a później zastyga nieruchomo robiąc zdziwioną minkę. Potrafi też machać nimi tak energicznie, że gdyby nieopatrznie znaleźć się w ich zasięgu można skończyć jako ofiara przemocy w rodzinie ;-) A gdyby podłączyć do nich jakieś przewody mielibyśmy własną turbinę i darmowy prąd ;-) Coraz biedniejsze są też moje włosy, bo ilekroć znajdą się w pobliżu małych łapek garść z nich kończy swój żywot. Upinam więc je w artystyczne kukuryku na czubku głowy, ale mały spryciarz zawsze znajdzie jakiś luźny kosmyk, z którym zmuszona jestem się pożegnać, bo żadna siła nie przekona Emilki do puszczenia ich luzem. Największą sensację natomiast budzi fakt, że rączki można wkładać do buzi. Choć z tym akurat mamy mały problem, bo nie używamy smoczka, więc dla córeńki naturalne jest, że jeżeli coś znajduje się w buzi, to powinno z tego lecieć mleko. A jeśli nie leci, to jest to powód do poważnego wnerwa ;-)

sobota, 24 września 2011

Kolekcja jesień - zima ;-)

Długo wokół niej chodziłam, namyślałam się, dywagowałam, czytałam na jej temat, przekładałam z miejsca na miejsce, rozwijałam i zwijałam z powrotem aż wreszcie zdecydowałam - zakładam. C H U S T Ę. I bynajmniej nie bandamkę, arafatkę ani nawet nie burkę. Chustę do noszenia dziecka. Przestudiowałam dokładnie instrukcję, wybrałam odpowiednie do wieku Emilii wiązanie, przećwiczyłam "na sucho" omotanie się materiałem we wskazany sposób i pełna optymizmu wzięłam się za umieszczenie w niej dziecka. I o ludzie złoci, to jest jakaś wyższa szkoła magii. Brakuje mi ze dwóch par rąk co najmniej żeby to wszystko ogarnąć. Namęczyłam się jak dziki osioł, córeńka w tym czasie zdążyła się rozryczeć pełną piersią, co wcale mnie nie dziwi, bo też bym chyba protestowała gdyby mnie ktoś tak miętolił na wszelkie strony, a w końcu umieścił w jakimś kokonie w pozycji która wcale wygodna być nie musi. Pocieszam się, że praktyka czyni mistrza, ale obawiam się że z drugiej strony zanim to wszystko opanuję Emilia będzie chodziła do przedszkola.

PS
Fotka dokumentująca moje chustowe poczynania na blogu zdjęciowym. Wszelkie komentarze, sugestie i słowa krytyki mile widziane.