Muszę kupić nową pościel, bo pastelowy komplecik z czerwonymi tulipanami doprowadza mnie do schizów.
Osobisty książę z bajki wstaje do pracy bladym świtem, co na ogół zostaje przeze mnie bezczelnie zignorowane. Tak, wiem, fajnie się mam – żadnego wstawania i robienia kanapek, żadnego zamykania za wybrankiem drzwi, żadnego machania chustką na pożegnanie. On do pracy, a ja przewracam się na drugi bok, miarowo pochrapując (no chyba, że nie mam L4 i sama wstaję do pracy, wtedy już nie jest tak kolorowo) Czasami jednak Książę tłucze się po tym domu z uporem maniaka, brutalnie wyrywając mnie z objęć Morfeusza i zmuszając do otwarcia połowy oka, celem ustalenia co się dzieje. Nie inaczej było dzisiaj. Coś huknęło, rozglądam się połową przytomności na boki i dostrzegam wielką kałużę krwi na poduszce. Jezus, Maria, Rokita! Zrywam się i pędzę go ratować, opatrunki zakładać, po pogotowie dzwonić, a ten stoi i patrzy na mnie z przerażeniem w oczach. Więc ja w lament, że przecież łóżko krwią zachlapane, szafa pełna trupów, olaboga! Zaprowadził z powrotem do łóżka, zapalił światło, patrzę na miejsce zbrodni... A, to nie krew, tylko łepek tulipana. Hy, hy, hy. Przykrył kołderką, zgasił światło i poszedł. I nie jestem pewna, czy przypadkiem nie zadzwonił do psychiatry, bo na wszelki wypadek cały dzień nikomu nie otwierałam.
piątek, 14 stycznia 2011
czwartek, 13 stycznia 2011
Łańcuszek
Nie przepadam za łańcuszkami (wolę kolię z brylantami ha ha), ale jako że już dwie osoby wytypowały mnie do tej zabawy brakiem kultury było by ją zignorować. Także spinam pośladki i postaram się udzielić w miarę sensownych odpowiedzi.
4 programy/seriale które oglądam:
No i już problem, bo praktycznie nie oglądam telewizji (tak, wiem dziwadło ze mnie), ale jak już mi się zdarzy, to czasem lubię zerknąć na:
- Zaklinacza psów
- Jon'a & Kate plus 8
- Obieżyświata
- Miami Ink
4 rzeczy, które mnie pasjonują:
- góry (bezapelacyjnie i bezsprzecznie)
- koty
- internet
- książki
4 sformułowania które często mówię:
- taaa
- no co ty
- belek bąbelek (do kocicy, która patrzy wtedy na mnie wymownym wzrokiem)
- matko z córką
4 rzeczy, które nauczyłam się z przeszłości:
- przeprowadzać reanimację
- lutować
- grać na flecie (nie, nie na fujarce ;-P)
- szyć
4 miejsca do których chciałabym pojechać:
Może niekoniecznie pojechać, bo czasem wejść, ale na pewno które chciałabym odwiedzić
- Rysy
- Seszele (albo coś z równie pięknymi plażami i ciepłym morzem)
- Japonię
- 1000m2 zielonej łąki z cudnym widokiem na las i pola, na której poczułabym od razu, z wielką siłą, że to jest miejsce, w którym stanie nasz przyszły dom
4 rzeczy, które robiłam wczoraj:
Oooo, tu mam pole do popisu
- jak na porządną kurę domową przystało ogarnęłam nieco domowy chaos, a potem...
- wylegiwałam się w łóżku
- wylegiwałam się na kanapie
- oraz polegiwałam na fotelu
4 rzeczy, które kocham w zimie
To będzie tylko jedna rzecz:
- to że się kiedyś w końcu kończy
4 rzeczy na mojej liście pragnień:
- naturalnie urodzić zdrowe dziecko (priorytetowo)
- być dla niego dobrą matką!
- nie zdziadzieć i nie zramoleć na starość
- zbudować dom (ten wymarzony, wyśniony i jedyny w swoim rodzaju)
Więcej grzechów nie pamiętam, a do dalszej zabawy zapraszam wszystkie odwiedzające to miejsce panie, których imiona zaczynają się na literę "A".
Bo tak!
4 programy/seriale które oglądam:
No i już problem, bo praktycznie nie oglądam telewizji (tak, wiem dziwadło ze mnie), ale jak już mi się zdarzy, to czasem lubię zerknąć na:
- Zaklinacza psów
- Jon'a & Kate plus 8
- Obieżyświata
- Miami Ink
4 rzeczy, które mnie pasjonują:
- góry (bezapelacyjnie i bezsprzecznie)
- koty
- internet
- książki
4 sformułowania które często mówię:
- taaa
- no co ty
- belek bąbelek (do kocicy, która patrzy wtedy na mnie wymownym wzrokiem)
- matko z córką
4 rzeczy, które nauczyłam się z przeszłości:
- przeprowadzać reanimację
- lutować
- grać na flecie (nie, nie na fujarce ;-P)
- szyć
4 miejsca do których chciałabym pojechać:
Może niekoniecznie pojechać, bo czasem wejść, ale na pewno które chciałabym odwiedzić
- Rysy
- Seszele (albo coś z równie pięknymi plażami i ciepłym morzem)
- Japonię
- 1000m2 zielonej łąki z cudnym widokiem na las i pola, na której poczułabym od razu, z wielką siłą, że to jest miejsce, w którym stanie nasz przyszły dom
4 rzeczy, które robiłam wczoraj:
Oooo, tu mam pole do popisu
- jak na porządną kurę domową przystało ogarnęłam nieco domowy chaos, a potem...
- wylegiwałam się w łóżku
- wylegiwałam się na kanapie
- oraz polegiwałam na fotelu
4 rzeczy, które kocham w zimie
To będzie tylko jedna rzecz:
- to że się kiedyś w końcu kończy
4 rzeczy na mojej liście pragnień:
- naturalnie urodzić zdrowe dziecko (priorytetowo)
- być dla niego dobrą matką!
- nie zdziadzieć i nie zramoleć na starość
- zbudować dom (ten wymarzony, wyśniony i jedyny w swoim rodzaju)
Więcej grzechów nie pamiętam, a do dalszej zabawy zapraszam wszystkie odwiedzające to miejsce panie, których imiona zaczynają się na literę "A".
Bo tak!
wtorek, 11 stycznia 2011
A tu ciągle pod górkę
Wykończą mnie te wymioty. A lekarz pocieszył mnie, że w zasadzie nic z tym nie zrobimy, bo widocznie mój organizm tak gwałtownie reaguje na rzut hormonów, ale mam się nie martwić, bo dla dziecka to bardzo dobre to raz, a dwa góra do 17go tygodnia powinno mi przejść. Tak więc przede mną jeszcze 7 tygodni takiego nieopisanego szczęścia. Ech dzieciaczku rośnij, bo ci się stara matka będzie nadawała tylko do wymiany.
piątek, 7 stycznia 2011
Kryzysik
Dziś zanotowałam poważny spadek formy. Nie miałam siły wstać z łóżka, a nawet kiedy już mi się to udało snułam się po domu, jak śnięta ryba. Połowę dnia przespałam, drugą przeleżałam na kanapie i wyjść z podziwu nie mogę nad tym jak człowiek w sile wieku może się czuć takim starym kapciem. W ogóle brak energii jest dla mnie tak obcym i orientalnym zjawiskiem, że aż nie wiem co ze sobą począć. A do tego wróciły moje ulubione atrakcje i sporą część czasu spędziłam zwisając nad muszlą sedesową. Uroczo.
środa, 5 stycznia 2011
Zawodowo
Pojechałam zawieść L4, a przy okazji oficjalnie już zakomunikowałam moim współpracownikom radosną nowinę. Moje dziewczyny zaczęły piszczeć jak nastolatki na koncercie Justina Bliebera, wykrzykując jedna przed drugą” Będziemy miały dziecko! Będziemy miały dziecko!
Taaa, robić i nosić to nie było komu, a mieć chcą wszystkie ;-) Ale faktycznie emocji sporo, bo będzie to nasze pierwsze dziecko w pracy, do tej pory wszystkie spoglądałyśmy jedna na drugą, wytykając paluchem: to niech ona będzie pierwsza. No i cóż, jako że jestem najstarsza w wieku reprodukcyjnym z całego tego towarzyska podjęłam rękawicę i dumnie mogę rzecz, że zaczęłam wspierać politykę prorodzinną naszego rządu. A i 2 lata młodsza ode mnie Kasia jakoś tęsknym wzrokiem zaczęła na mnie zerkać, więc kto wie czy za niedługo obie nie będziemy paradowały z brzuchami.
Taaa, robić i nosić to nie było komu, a mieć chcą wszystkie ;-) Ale faktycznie emocji sporo, bo będzie to nasze pierwsze dziecko w pracy, do tej pory wszystkie spoglądałyśmy jedna na drugą, wytykając paluchem: to niech ona będzie pierwsza. No i cóż, jako że jestem najstarsza w wieku reprodukcyjnym z całego tego towarzyska podjęłam rękawicę i dumnie mogę rzecz, że zaczęłam wspierać politykę prorodzinną naszego rządu. A i 2 lata młodsza ode mnie Kasia jakoś tęsknym wzrokiem zaczęła na mnie zerkać, więc kto wie czy za niedługo obie nie będziemy paradowały z brzuchami.
wtorek, 4 stycznia 2011
Kobieta (nie) pracująca
L4 do końca tygodnia, a mnie już nosi. No bo ileż można siedzieć w domu i nic nie robić? Łaskawie zwlekłam się z łóżka o 9:00 i to tylko dlatego, że kocica wlazła mi na głowę domagając się żarcia. Sama wszamałam jogurt, zagryzłam chrupkim pieczywem i wróciłam do przewracania się w betach. Ale przecież kocica nie przejdzie obojętnie obok takiej okazji, że pańcia rankiem w domu, więc dalej przypędziła w podskokach: głaszcz mnie, przytul, baw się ze mną, wypuść mnie na balkon. Wstałam tym razem na dobre. I tak się snuję po domu, co by tu, co by tu? W łazience dopadł mnie wyrzut sumienia, bo tu kłaczek, tam kłaczek, lustro z pasty upaćkane, wanna nieumyta... No trudno darmo moja panno żeby wszystko ten biedny facet robił. Mało tego, że od rana tyra w pracy, to jeszcze przychodzi do domu, a baba już mu nad głową gary umyj, śmieci wynieś. Weź ty się kochana lepiej za siebie, bo zlecisz z piedestału bogini domowego ogniska szybciej niż tam wlazłaś.
Wysprzątałam łazienkę, pranie nastawiłam (przy okazji popsułam wężyk z prysznica) i nawet muszli sedesowej przywróciłam alabastrową biel, a pewnie już biedaczka myślała, że tego nie doczeka. Może jeszcze koszule mu wyprasuję, niech myśli chłopak jaki to cud nad cudy pod dachem mu kwitnie i czar rozsiewa. A co!
Wysprzątałam łazienkę, pranie nastawiłam (przy okazji popsułam wężyk z prysznica) i nawet muszli sedesowej przywróciłam alabastrową biel, a pewnie już biedaczka myślała, że tego nie doczeka. Może jeszcze koszule mu wyprasuję, niech myśli chłopak jaki to cud nad cudy pod dachem mu kwitnie i czar rozsiewa. A co!
poniedziałek, 3 stycznia 2011
Primum Non Nocere
No to wkroczyłam w Nowy Rok w wielkim stylu. Jak zaczęłam wymiotować o 9:00, tak skończyłam o 3:00 nad ranem na oddziale ginekologii pobliskiego szpitala powiatowego. Na szczęście skończyło się na pokłuciu mi dupska, zaaplikowaniu sporej dawki kroplówek i wypuszczeniu do domu. Ale oczywiście już w ciągu tych 2 dni zdążyłam się poważnie zdenerwować, a później zestresować. I bądź tu w ciąży kobieto i idź do szpitala.
Do szpitala zawiozło mnie pogotowie, które wezwaliśmy w tę nieszczęsną sobotę celem zaaplikowania mi czegoś przeciwymiotnego. Niestety lekarka jak usłyszała o ciąży od razu stwierdziła, że ona się nie podejmuje podawania żadnych leków i jedziemy do szpitala. Czułam się tak "fantastycznie" że było mi wszystko jedno i zgodziłabym się nawet lecieć na księżyc jeżeli tylko miałoby mi to pomóc. Niestety zamiast zawieźć mnie od razu na ginekologię podrzucili mnie na izbę przyjęć interny. I się zaczęło. Jakieś wredne babsko, o pardon pani pielęgniarka oburzona faktem, że ktoś ośmiela się przerywać jej drzemkę próbowała mnie opieprzyć, że w środku nocy mi się przypomniało, że jestem chora, ale kiedy ją grzecznie zapytałam, czy w tym szpitalu obowiązuje przepis chorowania od 9:00 do 18:00 i czy znane jest jej pojęcie empatii, spuściła z tonu i poszła dzwonić po panią doktor. Ta zjawiła się 20 minut później, nie wiem czemu tak długo, może się zgubiła po drodze. Trzy razy jej mówiłam, że jestem w ciąży, na co pani doktor po przemaglowaniu mnie odnośnie ilości, częstości, konsystencji wymiotów stwierdziła filozoficznie: a może pani w ciąży jest? Zaprawdę powiadam wam, gdyby nie Artur chyba bym ją zamordowała.
Podumała jeszcze chwilę i stwierdziła, że trzeba mnie przewieźć na ginekologię, po czym poszła dzwonić do dyżurującego tam lekarza. W odpowiedzi usłyszała - owszem przesyłać, czekają, ale przecież najpierw trzeba było jeszcze wypisać milion pięćset papierów, oświadczeń i innych dupereli. A ja w tym czasie leżę sobie, dogorywam i rzygam gdzie popadnie, ale spoko, mamy czas. W międzyczasie odkryły, że mam adres zameldowania z innego miasta, więc resztkami sił i dobrej woli tłumaczę tępym babom, że mam mieszkanie własnościowe w tymże mieście i jako jego właścicielka muszę być tam zameldowana, ale mieszkam tutaj. Pojąć tego nie mogły i już prawie chciały mnie wysyłać na drugi koniec województwa, bo przecież tam jestem zameldowana. Ale musiały zobaczyć obłęd w moich oczach, bo tylko powiedziałam cichutko nigdzie nie jadę i dały za wygraną. Oczywiście na ginekologii przyjęli mnie bez najmniejszych problemów.
Rankiem przyjęli mi na salę dziewczynę w 11 tygodniu ciąży. Pogadałyśmy trochę, ja jej opowiedziałam moje perturbacje ona powiedziała, że w zasadzie nic jej nie dolega tylko zaczęła delikatnie plamić, więc wolała to sprawdzić. Około 10:00 obie poszłyśmy na USG. U mnie wyszło wszystko w porządku, więc lekarz powiedział że mogę zmykać do domu. U niej nie mógł znaleźć płodu dziecka, więc zabrał ja na dokładniejsze USG na oddział położniczy. Niestety okazało się, że poroniła. Bardzo jej współczuję, tym bardziej że to spadło na nią tak niespodziewanie. Sama byłam głęboko wstrząśnięta, więc nie wyobrażam sobie, co czuje ona. Mam nadzieję, że szybko dojdzie do siebie i dane jej będzie znowu nosić taką małą istotkę pod sercem.
Do szpitala zawiozło mnie pogotowie, które wezwaliśmy w tę nieszczęsną sobotę celem zaaplikowania mi czegoś przeciwymiotnego. Niestety lekarka jak usłyszała o ciąży od razu stwierdziła, że ona się nie podejmuje podawania żadnych leków i jedziemy do szpitala. Czułam się tak "fantastycznie" że było mi wszystko jedno i zgodziłabym się nawet lecieć na księżyc jeżeli tylko miałoby mi to pomóc. Niestety zamiast zawieźć mnie od razu na ginekologię podrzucili mnie na izbę przyjęć interny. I się zaczęło. Jakieś wredne babsko, o pardon pani pielęgniarka oburzona faktem, że ktoś ośmiela się przerywać jej drzemkę próbowała mnie opieprzyć, że w środku nocy mi się przypomniało, że jestem chora, ale kiedy ją grzecznie zapytałam, czy w tym szpitalu obowiązuje przepis chorowania od 9:00 do 18:00 i czy znane jest jej pojęcie empatii, spuściła z tonu i poszła dzwonić po panią doktor. Ta zjawiła się 20 minut później, nie wiem czemu tak długo, może się zgubiła po drodze. Trzy razy jej mówiłam, że jestem w ciąży, na co pani doktor po przemaglowaniu mnie odnośnie ilości, częstości, konsystencji wymiotów stwierdziła filozoficznie: a może pani w ciąży jest? Zaprawdę powiadam wam, gdyby nie Artur chyba bym ją zamordowała.
Podumała jeszcze chwilę i stwierdziła, że trzeba mnie przewieźć na ginekologię, po czym poszła dzwonić do dyżurującego tam lekarza. W odpowiedzi usłyszała - owszem przesyłać, czekają, ale przecież najpierw trzeba było jeszcze wypisać milion pięćset papierów, oświadczeń i innych dupereli. A ja w tym czasie leżę sobie, dogorywam i rzygam gdzie popadnie, ale spoko, mamy czas. W międzyczasie odkryły, że mam adres zameldowania z innego miasta, więc resztkami sił i dobrej woli tłumaczę tępym babom, że mam mieszkanie własnościowe w tymże mieście i jako jego właścicielka muszę być tam zameldowana, ale mieszkam tutaj. Pojąć tego nie mogły i już prawie chciały mnie wysyłać na drugi koniec województwa, bo przecież tam jestem zameldowana. Ale musiały zobaczyć obłęd w moich oczach, bo tylko powiedziałam cichutko nigdzie nie jadę i dały za wygraną. Oczywiście na ginekologii przyjęli mnie bez najmniejszych problemów.
Rankiem przyjęli mi na salę dziewczynę w 11 tygodniu ciąży. Pogadałyśmy trochę, ja jej opowiedziałam moje perturbacje ona powiedziała, że w zasadzie nic jej nie dolega tylko zaczęła delikatnie plamić, więc wolała to sprawdzić. Około 10:00 obie poszłyśmy na USG. U mnie wyszło wszystko w porządku, więc lekarz powiedział że mogę zmykać do domu. U niej nie mógł znaleźć płodu dziecka, więc zabrał ja na dokładniejsze USG na oddział położniczy. Niestety okazało się, że poroniła. Bardzo jej współczuję, tym bardziej że to spadło na nią tak niespodziewanie. Sama byłam głęboko wstrząśnięta, więc nie wyobrażam sobie, co czuje ona. Mam nadzieję, że szybko dojdzie do siebie i dane jej będzie znowu nosić taką małą istotkę pod sercem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
